Wyobraź sobie, że siadasz do pisania bez lęku przed pustą kartką, bo masz już gotową bazę początków. Nie zastanawiasz się nad pierwszym zdaniem, bo pierwsze, drugie i trzecie zdanie już masz. Po prostu siadasz i robisz to, co lubisz najbardziej-dajesz się ponieść wyobraźni. Tak właśnie wygląda pisanie z Fabulatorium. Przekonała się o tym grupa twórców, którzy przed premierę Fabulatorium sprawdzali, jak się z nim pracuje. Chcesz zobaczyć efekty?

Na wstępie krótkie wyjaśnienie.
Teksty, które za chwilę przeczytasz, to fragmenty opowiadań napisanych z Fabulatorium. Cóż, blog ma swoje ograniczenia. Są to jednak fragmenty, które pokazują, w jak różne strony może pójść wyobraźnia twórcy. Z tego samego startera może powstać dramat albo kryminał, albo opowieść o niespełnionym marzeniu.
Bo w Fabulatorium zasada jest tylko jedna: TY tu tworzysz.
Można pójść za tym, co sugeruje starter
Ania przesłała historię Adriana Millera, który zrezygnował z kariery w korporacji, aby realizować dziecięce marzenie.
Jeszcze rok temu Adrian Miller był wysokiej rangi managerem w korporacji telekomunikacyjnej. Wszystko zmieniło się pewnego październikowego popołudnia.
Było zimno, szaro i mokro. Adrian podjechał pod budynek firmy, wysiadł ze swojego złotego lexusa i automatycznie poprawił krawat. Skórzane buty stukały równo o mokry asfalt, gdy szedł w stronę wejścia.
Spojrzał na swojego nowego rolexa. Punktualnie, jak zawsze. Wszystko w swoim życiu miał pod kontrolą, wszystko było perfekcyjnie zaplanowane i uporządkowane.
A dziś był TEN DZIEŃ, na który skrupulatnie pracował tak długo. Każda nadgodzina, każde skinienie głową na kolejną beznadziejną propozycję dyrektora generalnego, który notabene był strasznym bufonem, całe to poświęcenie miało za kilka godzin zostać nagrodzone. Bo to właśnie on, Adrian Miller, otrzymał propozycję objęcia stanowiska dyrektora całego oddziału. To otwierało przed nim szerokie możliwości rozwoju.
Już wszystko było zaplanowane. Dom w standardzie premium na Seszelach czekał na ostateczny podpis, finalizację zakupu. Ale z zarobkami dyrektora ten zakup nie był niczym wyjątkowym. Ot, kolejne marzenie, a raczej cel do odhaczenia.
Nagle… do uszu Adriana dobiegła muzyka.
W pierwszym momencie nie był w stanie skojarzyć, skąd zna te dźwięki. Hałas narastał i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że te dźwięki dochodzą z samochodu cyrkowego, przejeżdżającego obok.
Świat jakby się zatrzymał.
Nie było już Adriana, tylko mały chłopiec, którego dziecięcym marzeniem była praca w cyrku. Pamiętał to doskonale, chciał być treserem lwów. Zrobił sobie nawet bat ze znalezionego patyka i kawałka sznurka. Tresował swoje pluszaki i opowiadał każdemu, kto chciał go słuchać, że tak będzie wyglądała jego przyszłość.
Na moment zapomniał o czekającym go awansie, Seszelach i życiu ułożonego człowieka sukcesu
Wspomnienia były tak żywe, że machinalnie poruszył palcami, bo niemal poczuł w dłoni szorstkość zabawkowego bacika. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że ściska kluczyki od samochodu.
Spojrzał na logo leksusa, które błyszczało delikatnie. To jest teraz jego świat: dla kogoś z boku luksus i wysoka pozycja społeczna, dla niego – ciężka praca i wiele wyrzeczeń.
Lubił swoje życie, był dumny z tego, w jakim miejscu jest, ale wspomnienie dziecięcych marzeń obudziło w nim ten rodzaj tęsknoty, który wielu z nas nosi w sobie. Zwykle jest ona uśpiona, jak kot na ulubionym legowisku, ale czeka tylko na odpowiedni moment.
Najpierw powoli podnosi głowę, rozciąga się, ziewa, żeby za moment zacząć dopominać się o swoje.
Kocia tęsknota Adriana właśnie się ocknęła i nie zamierzała odpuścić.
Ten sam bohater może dostać zupełnie inne życie
U Martyny historia Adriana zyskała zupełnie nowy rys. Zaskakujący rys:
25.06.2026
Dzisiaj mija dokładnie pięć lat od kiedy moje życie się skończyło. Byłem królem życia. Miałem wszystko. Byłem TYM Adrianem Millerem. Ludzie mnie szanowali. Bali się mnie. Zazdrościli. Wystarczyło jednak tylko jedno cholerne zdjęcie, by wszystko runęło. Jedna mała wpadka, która kosztowała mnie wszystko.
Pamiętam, jak zrobiło mi się gorąco, gdy na ekranie zobaczyłem siebie i Borysa w Klubie Biznesmenów. Zdjęciu brakowało ostrości, ale nie było wątpliwości, że to właśnie my na nim widniejemy. Śmiejemy się jak starzy kumple. Akurat pochylałem się nad stołem z lekko uniesioną dłonią. Tuż nad szklanką Borysa, w której później wykryto truciznę, która go zabiła.
Byłem bliski przewrócenia się. Kręciło mi się w głowie od emocji. Nie mogłem jednak tego okazać. Odłożyłem telefon do kieszeni i poszedłem do biura jak gdyby nic.
Dopiero, gdy dotarłem do mojego gabinetu, opadłem na skórzaną kanapę i szarpnięciem poluzowałem krawat. Spojrzałem na szafkę za biurkiem i w kilku krokach do niej doskoczyłem. Trzymałem tam piętnastoletnią whisky na szczególne okazje czy wizyty ważnych gości. Sam nigdy nie sięgnąłem po alkohol i to tuż po przyjściu. Ta sytuacja jednak tego wymagała.
Wiedziałem, że będę skończony, jeśli to zdjęcie ujrzy światło dzienne. Musiałem zrobić wszystko, by się chronić.
Musiałem zadzwonić do mojego szantażysty.
A raczej szantażystki.
Każda historia może być częścią większego uniwersum
Monika również napisała o Adrianie, ale korzystając ze ścieżek między starterami, splotła opowieść o nim z nieco absurdalnym światem historii nr 40.
Wszyscy wiedzieli, że w czwartek przyjdzie do pracy nowy dyrektor. Plotki krążyły od tygodni – że wymagający, że z centrali, że będzie rewolucja. Ale tego nikt się nie spodziewał.
Pierwsza zobaczyła go portierka. Na jego widok znieruchomiała, jakby właśnie ujrzała coś, co nie mieści się w żadnych schematach. A potem bez słowa sięgnęła po telefon.
– Pani Agato, nowy dyrektor się pojawił. Nie, no właśnie nie Mroziak. Gorzej…. Tak. – odłożyła słuchawkę i bezwiednie zaczęła drapać skórki wokół paznokci.
Następnego dnia podczas lunchu Beata z haeru zderzyła się w drzwiach socjalnego z Agatą, sekretarką dyrektora.
– I jak tam kochana? Pokazał już co potrafi?
– Na razie szczerzy te swoje kły i obwąchuje. Kilka razy już mlasnął. Nie, ja tego nie wytrzymam. Zaczęłam szukać innej pracy.
– Wszystkie mamy nadzieję, że nie zagrzeje tu miejsca. Że Adrian ostatecznie wróci. Kurde, sztywniak i karierowicz z niego, ale ostatecznie niegroźny. A ten tu…
Rozmowę przerwało wejście Kamila. Szef działu informatyków jak zwykle był lekko rozkojarzony. Dopiero po zamknięciu lodówki zobaczył, że nie jest sam.
– O, cześć dziewczyny. Znowu nie ma mleka do kawy, cholera. Jak tam nowy szef, Agata? Fajny, nie? Taki trochę skrzyżowanie bulteriera z owczarkiem niemieckim. Ale może się podobać. Chociaż jak wczoraj szczeknął na panią Zosię za nieumyty kubek na biurku, to aż się kobiecina popłakała. I podobno tak na nią popatrzył, jakby chciał na miejscu rozszarpać. Dopiero Zbynio jakoś go ugłaskał najnowszym raportem. Podobno mamy rewelacyjnie dobre wyniki. Adrian się postarał, jak zwykle. Dobra, lecę, na razie.
– Ja też wracam. Zaraz będzie mnie szukał. – Agata lekko spanikowanym głosem pożegnała koleżankę.
Kolejne dni mijały swoim rytmem, choć komentarze dotyczące nowego dyrektora nie milkły. On sam był tego świadomy, strzygł uszami, zwłaszcza jak przechodził obok socjalnego. We wtorek bomba wybuchła. Beata szła właśnie do dyrektora w sprawie Olgi, która miała zacząć staż od jutra. Cały czas miała jednak wątpliwości, czy to odpowiednie miejsce dla młodej dziewczyny. Kiedy zamyślona miała już otworzyć drzwi do sekretariatu, te odskoczyły z impetem.
– Agata, co się stało?! – wykrzyknęła na widok przyjaciółki, która z płaczem wybiegła z biura. – Ty krwawisz! – Rzeczywiście, z ucha Agaty leciała krew.
Sekretarka pobiegła do toalety, Beata za nią. Zdążyła jeszcze zauważyć dyrektora, stojącego przy biurku. Ciężko oddychał i…tak, na pewno oblizał się.
Fabulatorium dobrze znosi absurd
Świat startera nr 40, którym zainspirował Monikę, wprost nakierowuje wyobraźnię czytelnika na absurd. Ale nikt nie powiedział, że absurd nie może pojawić się także w innych historiach, wyglądających w pozoru zupełnie niewinnie.
Oto fragment tekstu Agnieszki – etiuda do techniki storytellingowej ze startera 6:
Mleko zaczynało wypływać z garnka na rozgrzaną kuchenkę, gdy Krystyna raz za razem okładała patelnią oślizgłego fioletowego kosmitę. Płyn skwierczał, a w powietrzu unosił się kwaśnawy swąd spalenizny. Z głośnym krzykiem uderzyła patelnią jeszcze raz.
– A masz, ty parszywcu! Przez ciebie wykipiało mi mleko! Już po mojej owsiance.
Fioletowe odnóża poruszyły się na podłodze. Patelnia spadła w dół.
– Polak głodny, to zły! A z Polką to w ogóle nie radzę zadzierać. Pora nauczyć cię manier.
Krystyna wyłączyła kuchenkę, rozejrzała się po kuchni i westchnęła:
– Co za rozgardiasz. Przylatuje taki z absurdalnym planem podboju Ziemi, pakuje się nieproszony do kuchni i potem sprzątaj na biegu przed pracą.
Kobieta przelała mleko do kubka, wrzuciła garnek do zmywarki, wytarła kuchenkę. Złapała suchą kromkę chleba i żując, zastanawiała się, co powinna zrobić z niechcianym przybyszem.
Nagle straszny huk ogłuszył ją zupełnie, a z dębowych drzwi wejściowych zostały tylko wióry.
Krystyna stała w tym samym miejscu ze skórką chleba w jednej ręce i kubkiem w drugiej. Pokaźna drzazga pływała w mleku.
– To już przesada! – wrzasnęła.
Odstawiła kubek i chwyciła patelnię. Wpatrywała się w otwór po drzwiach, gotowa powitać kolejnego kosmitę.
Jednak nie było tam kosmity.
Była dziewczynka.
Historia, która zatrzymuje się przy tym, co ważne
Asię zainspirowała historia pary bohaterów, którzy wpadają na siebie co kilka lat. Jej tekst to nie relacja z wartko toczącej się akcji, a zapisem kilku znaczących chwil, które za każdym razem niosą inny ciężar emocjonalny.
– Hej, zgubiłaś się?
Piotrek od dłuższej chwili obserwował dziewczynkę, która stała zapłakana na środku chodnika, rozglądając się za mamą. Była o kilka lat młodsza i cała zapuchnięta od płaczu, ale czerwone fale na głowie nie pozwalały mu oderwać od niej wzroku. W którą stronę mogła pójść jej mama? Dlaczego na nią nie poczekała? Jak mogła zostawić ją samą?! Magdusia przecierała zaczerwienione oczy, do których wpadały ognistorude loki. Złość na mamę walczyła w niej z narastającym strachem.
Wreszcie chłopiec zdecydował się podejść.
– Mogę ci jakoś pomóc?
Magdusia podniosła głowę, ukazując setki piegów na czerwonej od płaczu twarzy.
– Nic nie możesz. Chcę do mamy! Maaamaaa! – wydarła się tak, że Piotruś zatkał sobie uszy.
Chwilę później na placu pojawiła się elegancka kobieta w długim jesiennym płaszczu i chwyciła dziewczynkę w ramiona.
– Magda, mówiłam ci, żebyś szła za mną. Nie mamy czasu na takie zabawy. Idziemy!
Piotrek podniósł rękę, żeby pomachać jej na do widzenia, ale dziewczynka wtuliła twarz w kołnierz mamy i po chwili obie zniknęły za rogiem.
Magda nie wiedziała, gdzie się podziać. Jeszcze wczoraj nie miała absolutnie żadnych problemów. Dziś dowiedziała się, że wylali ją ze studiów. Jak miała o tym powiedzieć rodzicom? Skłamać, że to profesor się na nią uwziął? Doskonale wiedziała, że sama była sobie winna, dopuszczając się plagiatu. Ale przecież nie zrobiła tego z lenistwa. Historia filozofii była dla niej dużo za trudna. Jak zresztą całe te studia, na które poszła tylko po to, żeby uszczęśliwić rodziców.
Magda schowała twarz w dłoniach.
– Przepraszam najmocniej, nie zauważyłem cię! – Wysoki, szczupły chłopak przytrzymał ją za ramiona, kiedy zachwiała się pod wpływem impetu.
Dziewczyna podniosła głowę. Chłopak przyglądał jej się z dziwnym wyrazem twarzy.
– Magda?
– My się znamy? – Wierzchem dłoni usiłowała schłodzić rozpalone policzki.
– To chyba za dużo powiedziane. Ale wydaje mi się, że już raz płakałaś na tym placu. Chyba szukałaś wtedy swojej mamy.
Dziewczyna zmarszczyła upstrzony piegami nos.
– Nic takiego nie pamiętam.
– Tak też myślałem. Musiałaś mieć wtedy jakieś pięć czy sześć lat i bardziej interesował cię przytulas od mamy niż nawiązywanie nowych znajomości.
Magda zaśmiała się.
– Ty za to wydajesz się mieć pamięć absolutną. Czyżbyś studiował prawo?
– Socjologię. Ale nie wykluczam prawa jako drugiego kierunku.
Dziewczyna przygryzła wargę, przypomniawszy sobie o swoich problemach.
– A może nadrobiłabym swoje zaniedbanie z przeszłości? Jak masz na imię?
– Piotrek.
– Czy poszedłbyś ze mną na gorącą czekoladę? Jak pewnie zauważyłeś, miałam dziś ciężki dzień i przydałoby mi się towarzystwo.
Chłopak uśmiechnął się ciepło.
– Żałuję, ale szczerze powiedziawszy trochę się spieszę. Kto wie, może spotkamy się tu kiedyś jeszcze?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Piotrek pomachał jej na pożegnanie i niemal truchtem pobiegł w boczną uliczkę. Magda długo odprowadzała go wzrokiem. Dwa budynki dalej chłopak przystanął i objął w pasie czekającą na niego dziewczynę. Dalej poszli już razem, trzymając się w objęciach i nie oglądając się za siebie.
„To nie może być znowu ona…”
Piotr zwolnił kroku. Miejsce się zgadzało, kolor włosów również. Kobieta siedziała na ławeczce ze skulonymi ramionami i szlochała cicho.
„Co zdarza się dwa razy, zdarzy się na pewno i trzeci” – przypomniał sobie słowa Paula Coelho.
– Magda? – Mężczyzna położył jej rękę na ramieniu.
Kobieta uniosła głowę. Jej twarz wciąż ozdabiały niezliczone piegi, ale na drugim planie pojawiły się zapowiedzi zmarszczek.
„Wcześnie” – pomyślał Piotr. Sam jednak też nie zaliczał się już do młodzieńców.
– Piotr? – Kobieta otarła oczy chusteczką. – Czy jesteś jakimś aniołem stróżem? Wydajesz się pojawiać zawsze, kiedy znajduję się na dnie rozpaczy.
– Jeśli jestem, to chyba dość kiepskim. Nie przypominam sobie, żebym choć raz ci pomógł. Ale gdybyś, dla odmiany, wyjawiła mi, w czym rzecz, miałbym większe szanse.
Mężczyzna zajął miejsce obok niej.
– Moja córka czeka na operację. Lekarze nie dają jej wielkich szans.
Piotr skrzywił się mimowolnie. Żeby pomóc w takiej sytuacji, musiałby być cudotwórcą. Mimo to otoczył Magdę ramieniem, a ta wtuliła rude loki w jego szyję, jakby znali się od zawsze.
Dwie godziny później, po rozmowie tak głębokiej, jakiej nie odbył jeszcze z nikim, przeplatanej jeszcze głębszymi chwilami ciszy, Magda delikatnie się podniosła.
– Muszę już iść.
– Może tym razem wymienimy się telefonami? Nie będziemy musieli wtedy czekać, aż znowu znajdę cię tu zapłakaną.
Kobieta uśmiechnęła się smutno.
– Było naprawdę miło i jestem ci ogromnie wdzięczna, ale muszę się teraz skupić na córce. A ty na pewno szybko znajdziesz kogoś mniej depresyjnego niż ja.
Magda odwróciła się i, stukając obcasami, pomaszerowała w stronę szpitala. Piotr został na ławce sam. W uszach dzwoniły mu ostatnie słowa kobiety. Propozycja wydawała się rozsądna, ale z jakiegoś powodu nie miał najmniejszego zamiaru szukać.
– Przepraszam, przypomina mi pan kogoś. Widziałam go ostatni raz dobre dwadzieścia lat temu. Czy mogłabym się dosiąść?
Szczupły, siwiejący mężczyzna odłożył gazetę i poprawił okulary na nosie. Magda uśmiechnęła się do niego życzliwie.
– Pani też mi kogoś przypomina, ale ona zawsze miała oczy spuchnięte od płaczu.
Kobieta roześmiała się.
– A więc to ty! Nie byłam pewna, bo zawsze pierwszy mnie rozpoznawałeś.
– Twoje włosy nie są już tak ogniste jak kiedyś i nie wydajesz się potrzebować pomocy.
– Musiałam zacząć je farbować. I chyba wypłakałam już wszystkie łzy. Moja matka nie żyje. Nie udało mi się dokończyć studiów, a córka zmarła kilka lat po operacji na skutek nieprzewidzianych komplikacji.
– Przykro mi.
Magda zamknęła oczy. Oświetlany przez jesienne słońce łagodny uśmiech wciąż ozdabiał jej piegowatą twarz.
– Nie mam już nikogo. Ale w końcu znalazłam ciebie.
– Znalazłaś? Miałem wrażenie, że spotkaliśmy się, jak zawsze, przypadkiem.
– Faktycznie do tej pory zawsze tak było. Zaprzepaściłam tyle szans… Teraz nic mnie nie ogranicza. Przychodzę więc czasem rozejrzeć się na tym placu.
Piotr obawiał się spojrzeć jej w oczy. Zamiast tego chwycił ją za dłoń. Jego ręka drżała.
– Czy to znaczy, że nie będę już musiał czekać na kolejną tragedię w twoim życiu, żeby cię ponownie zobaczyć?
Magda przysunęła się bliżej, zmuszając mężczyznę, żeby na nią popatrzył. Ciepły wrześniowy wiatr jakby popychał ich ku sobie. Kobieta przekrzywiła filuternie głowę, a w kącikach oczu pogłębiły jej się drobne zmarszczki.
– Jeśli dzisiaj nie oddalisz się, nie oglądając się ani razu za siebie, obiecuję, że już zawsze będziesz widział mnie szczęśliwą.
Co pokazują te fragmenty?
Pokazują, że dobry impuls nie zabiera autorowi kontroli nad tekstem.
Nie narzuca jednej drogi.
Nie mówi, jaki ma być gatunek.
Nie decyduje, czy historia będzie poważna, śmieszna, niepokojąca czy wzruszająca.
Daje tylko punkt startu. A potem dzieje się to, co najważniejsze: pisząca osoba zaczyna podejmować własne decyzje.
Kogo pokaże? Od czego zacznie? Co ukryje? Gdzie skręci? Jakim językiem opowie scenę?
Chcesz sprawdzić, dokąd Ciebie zaprowadzi Fabulatorium?
Wskakuj: tekstowni.pl/fabulatorium Może jeszcze załapiesz się na promocję.
