Zazwyczaj to ja doradzam. Moje podwórko – moje mądrości. Dziś postanowiłam oddać głos komuś innemu – autorytetowi z najwyższej półki. Zapraszam Cię na rozmowę z… Wisławą Szymborską, która opowie Ci o talencie, pracy nad tekstem, pisarskiej pewności i niepewności. Jestem pewna, że zdradzi Ci więcej tajników sztuki pisania niż ja. W końcu jeśli ktoś dostał literacką Nagrodę Nobla, to z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że zna się na rzeczy.
Co jest w pisaniu trudniejsze: znalezienie dobrego tematu czy zredagowanie tekstu, w którym temat ten zaistnieje?
Pierwotny grzech debiutanta: wiara we wszechmoc tematu. Wydaje się, że wystarczy wymyślić temat, żeby główna i większa część pracy została już wykonana – a ta niewielka reszta, czyli opowiedzenie go, to drobiazg bez poważniejszego znaczenia. […] Tymczasem sprawa ma się zgoła inaczej. Temat przychodzi najłatwiej, sam dla siebie nie stanowi żadnej wartości literackiej. Staje się nią, jeżeli zostanie umieszczony w jakiejś rzeczywistości psychologicznej i obyczajowej, jeżeli będzie udokumentowany obserwacją i doświadczeniem autora.
Dla wielu osób oznacza to konieczność mnożenia doświadczeń, by potem mogły one znaleźć odbicie w twórczości. Czy bogactwo przeżyć rzeczywiście robi z człowieka pisarza, czy może jest mniej lub bardziej potrzebnym dodatkiem do osobowości?
Pisarz kształtuje się od wewnątrz, we własnym sercu i głowie: poprzez wrodzoną (wrodzoną, podkreślamy!) skłonność do zamyślania się, czułego przeżywania nawet spraw drobnych, dziwienia się nawet temu, co inni uważają za zwykłe.
A zatem pisarz to ktoś inny niż inni?
…jest naprawdę inny, a to w życiu wygodne nie jest. Będzie starał się to za wszelką cenę zmienić albo choćby ukryć. Jest o tym mowa w „Toniu Krögerze” [powieść Tomasza Manna – dop. E.]. Nie chodzi już tam bynajmniej o dziecinne manifestacje inności, ale o inność prawdziwą, o tym rodzaju wewnętrznego wyczulenia, które zwiastuje niejedną życiową komplikację.
Nie jest łatwo być pisarzem?
W czeluściach utalentowanego pisarza kłębią się rozmaite demony. I jeśli nawet drzemią w nim (czy powinny drzemać) przed i po pisaniu, to podczas pisania prowadzą ożywioną działalność. Bez ich pomocy pisarz nie mógłby się wczuć we wszystkie skomplikowane przeżycia swoich postaci. Nic co ludzkie nie jest mi obce – och, pod tą sentencją nie kryją się życiorysy grzecznych świętych.
Wydaje się, że młodość to właśnie taki nieświęty czas, kiedy pisze się najłatwiej. Pierwsze miłości, mnóstwo nowych wrażeń – wszystko to sprawia, że w dorastających ludziach rodzi się potrzeba ekspresji, a wraz z nią pojawiają się ambicje pisarskie. Co takiego musi mieć w sobie młody człowiek, by jego twórczość stała się czymś więcej niż tylko przejawem młodzieńczych uniesień?
Młodość to naprawdę bardzo ciężki okres w życiu. A jeśli jeszcze do trudów młodości dołączy się ambicja pisania, to już trzeba mieć kondycję nie lada, żeby sobie z tym wszystkim poradzić. W skład kondycji wchodzą upór, pracowitość, oczytanie, spostrzegawczość, dystans do siebie samego, wrażliwość na innych, zmysł krytyczny, poczucie humoru i mocne przekonanie, że świat zasługuje na to, żeby istnieć dalej i w lepszym szczęściu niż dotychczas.
Czy to znaczy, że albo nabędzie się tę kondycję w młodości, albo wszystko stracone? Nie ma udanych debiutów w dojrzałym wieku, np. po czterdziestce?
Owszem, i po czterdziestce można nagle zacząć pisać. To jeszcze wcale nie za późno, tyle że inne prawa rządzą takim dojrzałym początkiem. O powodzeniu debiutu młodzieńczego decyduje przede wszystkim świeżość wyobraźni i niezrutynizowane spojrzenie na świat. Więcej tu bywa wrażeń niż przemyśleń i więcej obserwacji dorywczych niż selekcjonowanych według powoli zdobywanego pojęcia o życiu. Natomiast od debiutu późnego wymagamy już wartości dodatkowych: porządnej porcji ludzkiego doświadczenia i – w wypadku, gdy nie chodzi o teksty dokumentalno-wspomnieniowe – jakiegoś świadomie już ukształtowanego gustu artystycznego. Słowem, mając lat czterdzieści, nie można pisać tak, jakby się miało siedemnaście, bo wówczas nie starczy już czasu i możliwości psychicznych, aby dojść do czegokolwiek więcej.
Albo nie starczy śmiałości… Czy brak odwagi do pokazania swoich prób światu przekreśla szanse na rozwój pisarski?
Jakoś z reguły nieśmiali stawiają sobie większe wymagania, są wytrwalsi i intensywniej myślą. Właściwości te same przez się nie znaczą jeszcze nic, ale w razie istnienia wrodzonych uzdolnień oddają im nieocenione usługi, bo po prostu zamieniają je w talent.
A zatem wręcz przeciwnie – pewność siebie nie popłaca, tak?
Oczywiście, pewność siebie jest przy pisaniu bardzo potrzebna. Zależy tylko która, bo jest ich dwie. Jedna wynika z faktu, że się jeszcze zbyt mało czytało. Z braku jakiejkolwiek skali porównawczej pierwszy wierszyk o tym, że na wiosnę nawet słońce jaśniej świeci, może się wydać autorowi bezkonkurencyjnym arcydziełem, po którym szybko następują inne. Drugi rodzaj pewności siebie nie przynosi co prawda nagłych olśnień, za to daje gwarancję pomyślnego rezultatu. Trzeba zdobyć znajomość literatury dawnej i współczesnej. Pomyśleć, czy aby wszystko już zostało powiedziane, i to w ujęciu, które w pełni wystarcza. Jeżeli nie – to może kolej na ciebie? Zjawia się pewność numer dwa. O tekstach, które z takiej inspiracji powstają, można już dyskutować.
Mam wrażenie, że jest jeszcze trzeci rodzaj pewności siebie, płynący z odbicia w oczach osób bliskich. Wie Pani, jak to jest: rodzina widzi, że np. wypracowania lub listy świetnie młodemu człowiekowi wychodzą, i na tej podstawie przesądza o jego talencie. Czy peany otoczenia to nie jest wystarczający powód do uwierzenia w siebie?
Czasami los przydziela akurat tyle uzdolnień pisarskich, ile starczy do pisania ładnych listów. Ba, ale teraz listów się nie pisuje, z przyjaciółką mówi się przez telefon, a nawet rozmowa towarzyska przestaje być sztuką wymiany poglądów. W rezultacie ten mały, ale wartościowy talencik nie znajduje właściwego ujścia. Znajduje, ale fałszywe: w uporczywych próbach uprawiania poezji i prozy, w złudzeniu, że wszystko, co może zaciekawić osobę bliską, zaciekawi automatycznie rzeszę czytelników.
A zatem trzeba liczyć się z czytelnikiem, tak? A jeśli ktoś pisze wyłącznie dla siebie? Są osoby, które stanowczo twierdzą, że publika ich nie obchodzi…
Nie, nie, nie, nikt nie pisze „dla siebie”, po co ta mistyfikacja? Wszystko, począwszy od obwieszczenia kredą na murku, że „Juzek jest głupi”, a na „Józefie i jego braciach” [tytuł powieści Tomasza Manna – dop. E.] skończywszy, powstało z przemożnej chęci narzucenia innym swoich myśli. „Dla siebie” spisujemy co najwyżej adresy w notesie, a jeśliśmy krzepkiego ducha, to jeszcze i zaciągnięte długi.
Wróćmy do talentu. Skoro nie przesądzają o nim ani pochwały, ani wysokie mniemanie o sobie, to może wystarczającym wyznacznikiem będą nagłe przypływy natchnienia, podczas których rysują się w myślach fragmenty wierszy lub opowiadań?
Nie do „natchnienia” talent się ogranicza. Od czasu do czasu natchnienie spada na każdego, ale tylko utalentowani potrafią siedzieć nad kartką papieru długimi godzinami i udoskonalać dyktando ducha.
Może zatem pasja pisania wystarczy, żeby tworzyć naprawdę wartościowe teksty?
Ale przecież żeby zostać porządnym szewcem, nie wystarcza być entuzjastą stopy ludzkiej. Trzeba jeszcze znać się na skórze, narzędziach, umieć dobrać odpowiedni fason, i tak dalej… Podobne trudy łączą się z twórczością artystyczną.
Zapytałam o pasję, bo to dziś niezwykle modne słowo, zwłaszcza na stronach internetowych firm i freelancerów. Gdzie nie spojrzeć: drukowanie z pasją, pisanie z pasją, projektowanie z pasją, sprzątanie z pasją… Co Pani sądzi o takiej wszechobecności pewnych wyrażeń?
Źle, jeśli jakiś wyraz staje się nagle tak modny, że ruguje wszystkie inne o podobnym znaczeniu. Nie odświeża to mowy potocznej, przeciwnie, zubaża ją, pozbawia odcieni i giętkości. Ot, na przykład mało kto już mówi, że coś jest „liczne”, że czegoś jest „dużo” czy „wiele” – mówi się „cały szereg”. Coraz mniej również jest spraw, które się „dzieją”, „rozgrywają”, „odbywają” czy „zdarzają”. Teraz wszystko „ma miejsce”.
No tak. Dodałabym jeszcze wszechobecne posiadać, które skutecznie wypiera słowo mieć.
Ala już nie ma kota, teraz Ala posiada kota. Kariera tego patetycznego nieco „posiadania” rozwija się żywiołowo. Słowo to do niedawna określało własność dużą i raczej trwałą. Obecnie „posiada się” nawet bilet tramwajowy. Tylko, w takim razie, co się po prostu i zwyczajnie ma? Nie posiadamy pojęcia.
Co może Pani polecić tym, którzy za wszelką cenę chcieliby uniknąć takich językowych niezręczności?
Lekarzom dobrze, zawsze mogą przepisać jakieś pigułki. Dla naszej branży Polfa niczego nie wymyśliła. Polecamy więc gramatykę języka polskiego trzy razy dziennie po jedzeniu.
***
Nie mam zdolności mediumicznych, a nawet gdybym je miała, nie śmiałabym zakłócać świętego spokoju pani Wisławie ani nikomu innemu. Przytoczone wypowiedzi zaczerpnęłam (w dosłownym brzmieniu) z książki Poczta literacka, czyli jaki zostać (lub nie zostać) pisarzem, wydanej przez krakowskie Wydawnictwo Literackie w 2000 r.
- Jak pisać dobre wiersze? Rady Wisławy Szymborskiej Coś dla początkujących poetów — podpowiedzi z pierwszej ręki, od noblistki.
- Jak pisać dobre opowiadania? Rady Wisławy Szymborskiej Garść uwag i przestróg dla osób stawiających pierwsze kroki w tworzeniu utworów epickich.
Świetny pomysł na cykl i ładny początek realizacji 😀 Dzięki 🙂
Dziękuję i proszę bardzo! Cała przyjemność po mojej stronie :D.
Fajny wywiad ;))) Z pewnością jeszcze dziś wrócę do niego i przeczytam znów 😉
Zapraszam, Marta!:D
Moja pierwsza myśl „wow”. Druga hej przecież to niemożliwe. Przez chwilę dałem się nabrać 🙁 Naprawdę świetny pomysł. Muszę to kiedyś wykorzystać: )
Piotrze, nie dałeś się nabrać. To naprawdę są słowa Wisławy Szymborskiej, nie zmieniłam ani literki. Tylko dodałam pytania :D. Cieszę się, że pomysł Ci się podoba :).
jestem tu pierwszy raz, fajnie się czytało Twój wpis 🙂
Cieszę się. Zapraszam częściej! :D.
Bardzo pomysłowe. Może Wisława powiedziałaby: widać talent wyraźnie. Ja za nią przytaknę.
Poza tym już nie czekam na natchnienie, piszę, bo na to można czekać latami i nic nie napisać.
Dzięki za miłe słowo, Aniu! A co do nieczekania na natchnienie – słuszne to i chwalebne.