...

Humanista na freelansie, czyli jak (i czy warto) zostać dziennikarzem, korektorem, copywriterem

Jesteś humanistą i marzy Ci się freelance? Mogę Ci podpowiedzieć to i owo, bo przerobiłam sporo. Mam za sobą  flirt z dziennikarstwem i romans z działalnością edytorską. Obecnie przeżywam okres narzeczeński z copywritingiem. Zdradzę Ci, jak widzę te pisarsko-czytelnicze biznesy. Będzie subiektywnie i szczerze.

jak zostać freelancerem

Mała uwaga na dobry początek: wszystko, co znajdziesz dalej, to moje przemyślenia. Można się nie zgadzać.

Opieram się wyłącznie na własnych doświadczeniach – nie wiem,  na ile reprezentatywnych. Nigdy się z nikim nie wymieniałam wrażeniami na temat życia na humanistycznym freelansie (choć obserwacje poczynione na FB potwierdzają, że w każdym przypadku coś jest na rzeczy).

Jak zostać dziennikarzem freelancerem?

Kliknij, żeby przeczytać
MOJE DOŚWIADCZENIE:

Wstąpiłam swego czasu w redakcyjne szeregi lokalnego dziennika i dwóch tygodników katolickich. Trafiłam tam… z ogłoszeń. W magazynach musiałam napisać coś na próbę. W dzienniku z kolei była rozmowa i test wiedzy, a potem jeszcze mały sprawdzian umiejętności tekstowych (zredaguj notatkę prasową na zadany temat – czas start! Pan redaktor siedzi i patrzy Ci na drżące ręce, a Ty piszesz). Przyjęli do współpracy (nie na etat).

JAK SIĘ WKRĘCIĆ?

Jeśli nic się nie zmieniło, to wystarczy pójść do jakiejś redakcji i zapytać, czy nie chcieliby tam mieć takiego współpracownika jak Ty (dziś to może nawet wystarczy napisać porządnego [jeszcze raz: porządnego!] maila. Jeśli coś potrafisz – jeśli podeślesz np. sensowny tekst na próbę (za darmo, nie myśl sobie. No chyba że opublikują, to pewnie dostaniesz jakąś skromną wierszówkę) – jest duża szansa na współpracę.

PLUSY:
  • Zero nudy. Ciągle coś się dzieje, gdzieś jeździsz, poznajesz ludzi, bywasz w miejscach, w których normalnie nigdy Twoja noga by nie postała.
  • Wchodzisz sobie za darmo na wydarzenia i dostajesz gratisy i pamiątki od osób, z którymi przyszło Ci się spotkać na reporterskiej drodze.
  • Inspiracja 3.0. Materiału napędzającego wyobraźnię jest tyle, że nie nadążasz trawić.
  • Rośniesz w oczach własnych i w oczach świata. No well… w końcu jesteś pan(i) redaktor!
MINUSY:
  • Więcej kosztów niż zysków. Jeśli jesteś tylko współpracownikiem, dzwonisz z własnego telefonu, na własny koszt; często dojeżdżasz w wiele miejsc na własny koszt. Zarabiasz tylko wtedy, kiedy coś Ci wydrukują i kokosy to to nie są (mnie w najlepszym miesiącu wpadło trochę ponad 600 zł [zaznaczam: było to  10 lat temu]).
  • Presja – sam szukasz tematów. W pewnym momencie masz już niezdrowe odruchy – widzisz kota na murku i zastanawiasz się, jak by go tu obsmarować, żeby temat wyglądał na pilną kwestię społeczną.
  • Konieczność posiadania twardej… ekhm… no wiesz. Bo środowisko ambitne i bywa różnie. Poza tym nie zawsze masz wpływ na to, w jakim kształcie ukaże się Twój tekst (albo inaczej: raczej nie masz wpływu). Może się zdarzyć, że wydawca numeru tak Ci wszystko pozmienia, że policzki będą Cię piekły ze wstydu na myśl o tym, że firmujesz tekst swoim nazwiskiem. I to póki ziemia papieru nie pochłonie.

U mnie jednak minusy przeważyły szalę. Duża presja i małe zarobki sprawiły, że pewnego dnia pomyślałam: „Idę dalej!”.

A Ty? Jeśli marzysz o dziennikarstwie i nie musisz się martwić o utrzymanie (swoje, a już nie – daj Boże – rodziny), to próbuj. Kto wie? Może będziesz w tym procencie szczęśliwców, którzy zapuszczają korzenie na redakcyjnych stołkach.

Jak zostać korektorem/redaktorem freelancerem?

Kliknij, żeby przeczytać
MOJE DOŚWIADCZENIE

11 lat w branży, z czego część jako zarejestrowana pracownia edytorska. W listopadzie 2017 roku powiedziałam sobie dość (późno, bo próbowałam od 2013 roku, ale klienci nie dali odejść).

JAK SIĘ WKRĘCIĆ?

Będę się uparcie trzymać tego, że nie wystarczy być (szkolnym) polonistą. I mówię to z własnego doświadczenia, bo jako szkolna polonistka (7 lat praktyki, nauczyciel mianowany, a co!) nie wiedziałam nawet 1/8 tego, co wiem dziś.

Co właściwie trzeba umieć? Przecinki, gramatyka – wiadomo, korektor/redaktor powinien mieć takie rzeczy w końcówce paznokcia małego palce. Do tego przydałoby się znać znaki korektorskie, normy wydawnicze; wiedzieć to i owo o procesie wydawniczym.

Redaktor (wiesz, czym się różni redaktor od korektora, prawda?) powinien dodatkowo mieć – że tak powiem – „tekstowy słuch”. Ma zrobić tak, żeby było poprawnie, rytmicznie i stosownie.

Gdzie się tego wszystkiego nauczyć? Pewnie można na specjalizacjach edytorskich na uczelniach. Ja skończyłam kurs (no dobra, trzy kursy) w Polskim Towarzystwie Wydawców Książek. Renomowany – można powiedzieć. Dobry na start, ale prawda jest taka, że i tak potem wszystko wypracowujesz w praktyce. Raz, drugi, trzeci stajesz pod ścianą i nie wiesz, co zrobić z jakąś zagwozdką – i szperasz (np. w Poradni PWN albo w „biblii edytorskiej”, czyli w książce Adama Wolańskiego Edycja tekstów). Tak się uczysz.

Kiedy już coś tam wiesz, nie pozostaje nic innego, jak tylko szukać zleceń. Jak? Zrób sobie stronę, popromuj się na FB. No i zaglądaj na portale branżowe, na których pojawiają się ogłoszenia. Te powinny Ci się spodobać: rynek-ksiazki.pl; wirtualnywydawca.pl.

PLUSY:
  • Zdarzają się ciekawe teksty – coś, co Cię inspiruje i daje do myślenia.
  • Wiedza Ci się powiększa (ja np. swego czasu miałam w małym palcu biografię Chopina). Nie mówiąc już o tym, ile znasz niuansów językowych (co z drugiej strony nie zawsze jest fajnie – możesz stać się sfrustrowanym niewolnikiem tych zasad. Ale to jeszcze inna bajka).
  • Jeśli podłapiesz współpracę z dobrym wydawnictwem, dostaniesz egzemplarze redagowanych przez siebie książek (nie wiem, czy przy korekcie to też się zdarza. Mnie się nie zdarzyło. Mam tylko kilka książek redagowanych).
  • Pracujesz wciąż z nowymi ludźmi – będą wśród nich i tacy, z którymi w mig złapiesz wspólny język i nawiążesz relacje na lata. Ja mam dwie takie znajomości trwające do dziś.
  • Dobry punkt wyjścia do copywritingu. U mnie właśnie zaczęło się od tego, że ludzie, którym podobały się moje wyczyny redaktorskie, zaczęli zlecać mi także tworzenie tekstów. Z tego, co widzę w sieci, redaktor przeistaczający się w copywritera to dość częsty przypadek.
MINUSY:
  • Nie jestem dżentelmenem i powiem wprost – pieniądze. Zwłaszcza jeśli przy okazji jesteś perfekcjonistą (a to częsta i akurat w zawodzie redaktora/korektora pożądana przypadłość) i sprawdzasz każdy tekst co najmniej 2 razy (te kilkusetstronicowe też!).
  • Można się skutecznie wyleczyć z czytania. Albo inaczej: czytasz cały czas. Naprawdę, po 20 godzin na dobę (bo w tym zawodzie w miarę sensownych pieniędzy nie zarobisz, pracując parę godzin dziennie). Ale czytasz to, co Ci podsuną. W wolnym czasie (o ilu już Ci się taki przytrafi), wolisz porobić coś innego.
  • Niezupełnie jest tak, że „czytasz sobie i zarabiasz”. Tzn. owszem, jest, ale często bez tego pierwiastka przyjemności, z jakim na ogół wiąże się dobrowolna lektura.

Jeśli czytanie i poprawianie to Twoja praca, to: 1.) Nie możesz „odlecieć” w świat książki. Patrzysz na tekst technicznie – musisz skupiać się na detalach, a nie przeżywać. 2.) Czytasz nie tylko wciągające powieści. Pewnie, takie też się zdarzają. Powiem więcej: im dalej w tym zawodzie, tym – jeśli będziesz dobry – większe prawdopodobieństwo, że będziesz sobie wybierać zlecenia. Ale przez co najmniej kilka pierwszych lat to wiesz…

Z ciekawszych propozycji, które miałam na początku: cykl e-booków o wazektomii (podwiązanie nasieniowodu); książki o metodach oczyszczania organizmu, w których roiło się od szczegółów związanych z układem wydalniczym; pijawki; tasiemce; doktorat Ukraińca napisany po ukraińsko-polskiemu; ezoteryka; prace licencjackie niezwykle wysokich lotów, z których mogłam dowiedzieć się np. że nie najlepszym sposobem na popełnienie samobójstwa jest skakanie z dużej wysokości, bo wówczas może ucierpieć głowa, która jest bardzo wrażliwą częścią ciała itd.

Tak, gwałt intelektualny to w tym zawodzie chleb powszedni.

Dla mnie redagowanie i korekta były spełnieniem marzeń z czasów, kiedy czytając „Anię z Zielonego Wzgórza”, wyobrażałam sobie, jak to będę sobie skromnie żyć w małej chatce i swoją mrówczą pracą przyczyniać się do sukcesów innych ludzi. Kiedy jednak zachciało mi się własnych sukcesów, to zrobiło się mniej fajnie. A kiedy zdrowie padło i zobaczyłam, jak wygląda świat za 4. zakrętem, to już w ogóle. Skończyłam z tym zajęciem dokładnie rok temu, w listopadzie 2017 roku.

Ale OK, to moje. Ty – jak masz mało lat i dużo zapału – to czemu nie? Próbuj.

Jak zostać copywriterem freelancerem?

Kliknij, żeby przeczytać
MOJE DOŚWIADCZENIE

Zdobywam je od 8, już prawie 9 lat. Najpierw równolegle z redagowaniem. Uczyłam się na żywym organizmie. Dziękuję Bogu za to, że nigdy nie osiadłam na laurach i nigdy nie stwierdziłam, że skoro już mi płacą za pisanie, to git, jestem copy i wiem wszystko. Uczyłam się i uczę. I teraz wiem, jak dużo wcześniej nie wiedziałam. I ile bym straciła, gdybym się nie dowiedziała. I wiem, że mogę wiedzieć i umieć jeszcze więcej.

JAK SIĘ WKRĘCIĆ?

Możesz odpowiadać na ogłoszenia albo (i to polecam Ci bardziej) samemu wychodzić z inicjatywą. Zrób sobie portfolio i zaproponuj swoje usługi agencjom marketingowym, firmom. Ogłaszaj się i promuj. Jeśli naprawdę coś potrafisz, znajdziesz klientów.

PLUSY:
  • Piszesz i piszesz, dzięki czemu pisze Ci się coraz łatwiej. A jeśli traktujesz copywriting poważnie – douczasz się i rozwijasz – to wypracowujesz także warsztat (bez urazy dla wszystkich, którzy uważają, że pisania można się nauczyć jedynie z pisania. Moje zdanie jest takie: jeśli poprzestaniesz na tym, czego nauczyli Cię w szkole, to będziesz tylko utrwalać złe nawyki).
  • Wynagrodzenie znacznie lepsze niż przy poprawianiu tekstów. Uśredniając i upraszczając: jednostka rozliczeniowa za tekst to na ogół 1000 znaków. Za redakcję – 1800, a więc prawie dwa razy więcej (dla uproszczenia przyjmijmy, że równo dwa razy więcej). Za napisanie mniej więcej strony A4, przy średnich stawkach, osiągalnych dla początkujących, zarobisz prawie 7 razy tyle co za zredagowanie tejże strony / ponad 13 razy tyle co za korektę

Pewnie, że z korektą i redakcją na ogół idzie szybciej, ale „na ogół” oznacza, że są wyjątki. Każdy, kto kiedykolwiek coś po kimś poprawiał, wie, że czasem łatwiej byłoby napisać od nowa. I – wierz mi – na rynku jest mnóstwo książek  „napisanych” de facto przez redaktora na kanwie tego, co naskrobał autor.

  • Przyrost wiedzy lepszy niż przy redagowaniu, bo skupiasz się na temacie. Musisz go przetrawić i zrozumieć, żeby napisać, a przy poprawianiu przeciwnie – musisz się odkleić od tematu, żeby skupić się na kształcie słów.
MINUSY:
  • Nie zawsze piszesz o przyjemnych rzeczach. Możesz dostać zlecenia na kilkanaście artykułów o dżdżownicach albo kubeczkach menstruacyjnych. I to też trzeba będzie napisać. A najpierw trzeba o tym poczytać. (A później można – niestety – o tym śnić…).
  • Podobnie jak w zawodzie redaktora – większość czasu spędzasz przed komputerem. Cóż – kręgosłup tego nie lubi. Mój coś już wie na ten temat.
  • (Jak w każdym innym wolnostrzeleckim fachu) bywają okresy, kiedy liczba zleceń zaczyna wykraczać poza Twoje moce przerobowe. Czasem trzeba „zostać po godzinach” albo i popracować w nocy.

Zachęciłam Cię? Zniechęciłam? Widzisz swoją przyszłość w którymś z tych zawodów? Daj znać w komentarzu!

jak zostać freelancerem

Co o tym myślisz?

%d bloggers like this: