...

Czy i Ty jesteś tekstowym tchórzem?

Tekstowy tchórz to taki gatunek autora, który boi się odpowiedzialności za swoje słowa, dlatego robi, co może, żeby je rozmiękczyć, rozmyć i zakokonić. Jednym słowem – staje na rzęsach, żeby powiedzieć wszystko tak, by w razie czego umyć tchórzliwe łapki i sprytnie wybrnąć z konieczności tłumaczenia się ze swoich opinii. Myślisz, że Ciebie nie dotyczy tekstowe tchórzostwo? Lepiej sprawdź. Żebyś się nie zdziwił!

jak nie pisać bloga

Tchórzostwo w żadnej dziedzinie nie jest dobre. W pisaniu też. Być może daje autorowi (złudne) poczucie bezpieczeństwa, ale cóż – coś za coś. Czytelnicy wyczują. Czytanie miałkich tekstów wcale nie będzie im sprawiało przyjemności, więc – w znaczącej większości przypadków – życzliwie przemilczą i zapomną. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

Zebrałam dla Ciebie kilka symptomów, po których można poznać tekstowego tchórza. Jesteś gotowy na (auto)diagnozę?

Cudzysłowy

Tekstowy tchórz używa ich w co drugim zdaniu (a czasem nawet w co pierwszym). Tekstowy tchórz naprawdę kocha cudzysłowy, bo one mówią: tak zwany, jak to niektórzy nazywają, że tak powiem, pozwalają więc się zdystansować. Jak pisze Steven Pinker:

autor nadużywający cudzysłowów zdaje się mówić: „Nie przyszedł mi do głowy bardziej godny sposób wyrażenia tej myśli, nie sądźcie jednak, że jestem lekkoduchem, który używa takiego języka”.

Wata

Tekstowy tchórz uwielbia pławić się w wacie słownej. Po prostu uwielbia! Mięciutka jest i wygodna, żadna część ciała nie ucierpi, bo zawsze opada się na puch. I czego chcieć więcej?

A skoro wata to coś, co tchórz kocha najbardziej, to w jego tekstach aż roi się od takich wyrażeń, jak: głównie, jak się wydaje, rzekomo, podobno, swego rodzaju, względnie, na ogół itp. No bo przecież, jeśli rzekomo, to zawsze można powiedzieć, że na mieście mówią, ale ja to nie wiem, tak tylko przytaczam… A jeśli głównie, to jest miejsce na inne możliwości. A na ogół zakłada uogólnienie, więc jakby coś, to powiem, że to tak dla uproszczenia, bo naród ciemny. Itd.

Przysłówki bardzo, niezwykle

Tekstowy tchórz nie wierzy w siebie i boi się, że inni też mu nie uwierzą, musi więc mocno zapewniać. I zapewnia, używając przysłówków, które w jego zamierzeniu mają wzmocnić przekaz, a w rzeczywistości go rozmywają, osłabiają i pokazują niepewność piszącego.

Steven Pinker tłumaczy to tak:

Kiedy dodajesz przysłówek wzmacniający, przekształcasz dychotomię typu „wszystko albo nic” w stopniowaną skalę. To prawda, próbujesz ulokować opisywaną osobę [osobę, o której powiesz To bardzo uczciwy człowiek” – dop. E.] na tej skali – powiedzmy, w okolicach 8,7 (na 10) – ale byłoby lepiej, gdyby czytelnik nie zastanawiał się nad względnym stopniem jej uczciwości.

Nominalizacje

To kolejny sposób realizowania tchórzowskiej polityki zwanej przez Pinkera CST (Chroń Swój Tyłek). Tekstowy tchórz kocha nominalizacje, czyli rzeczowniki, które nazywają czynności i stany. Kocha je, bo używając ich, może uniknąć zaimków zwracających uwagę na osobę autora.

No po co zwracać na siebie uwagę? Lepiej mówić o robieniu (a nie o tym, że ja robię), o zdziwieniu (a nie o tym że mnie coś dziwi) i o oczekiwaniu (a nie o tym, że ja czegoś oczekuję albo że ktoś oczekuje czegoś ode mnie). Tak jak urzędnicy i politycy.

Ale uwaga! Ta gra została już rozszyfrowana. Wspominany S. Pinker pisze:

Kiedy jakaś konstrukcja gramatyczna kojarzy się z politykami, to możesz być pewny, że pozwala uniknąć odpowiedzialności.

Unikanie czasowników w stronie czynnej

To kolejny pocisk z tchórzowskiego arsenału. Tekstowy tchórz nie przepada za czasownikami w stronie czynnej, bo wymagają one podania podmiotu, a przez to odsłonięcia się, pokazania własnych poglądów i zasad. Unika ich, jak może, a unikając, sięga po takie formy czasownikowe, jak: trzeba, można, należy. Jeśli już zdecyduje się na jakiś samodzielny czasownik, to tylko w formie nieosobowej (np. zrobiono), w stronie biernej (np. zostało zrobione) lub zwrotnej (np. robi się).

Wszystkie te formy mają w oczach tekstowego tchórza zaletę nie do przecenienia: pozwalają być za, a nawet przeciw. Bo jeśli zrobiono – to przecież nikt nie powiedział, że ja mam z tym coś wspólnego, nie? Gdyby ktoś się czepiał, to mnie tam nie było, jednoczę się w bólu i w ogóle. A jeśli coś robi się w taki, a nie inny sposób – czyż to moja wina? Ja tylko referuję. Nikt nie powiedział, że mi się to podoba. No, chyba że ktoś stwierdzi, że w sposób, o którym piszę, robi się coś świetnie, to mogę przyznać, że taaak, wieeem, praktykuję…

Dużo mądrych słów i brak konkretów

Tekstowy tchórz chętnie poucza, co należy robić, ale przykładów nie podaje. Nie ma co ryzykować. Przecież wśród czytelników może być ktoś, kto się zna – i co wtedy?

Żeby przykryć te niedostatki, tekstowy tchórz namiętnie sięga po słowa znane tylko wtajemniczonym. Nie będzie mówił małym przedsiębiorcom o zdobywaniu klientów, ale o działaniach generujących konwersję lub o pozyskiwaniu leadów. Jeśli weźmie się za tematy językowe, to zacznie zasypywać Bogu ducha winnych czytelników leksemami, morfemami i predykatywami.

To nic, że 80% odbiorców poczuje się co najmniej niepewnie. Tekstowy tchórz ma swój cel – jego zdaniem hiperfachowe słowa to coś, po czym można poznać eksperta. A jeśli ktoś ich nie rozumie – no well… do takiej wiedzy trzeba dorosnąć! Tekstowy tchórz wie, że ludzie nie będą pytać, bo boją się posądzenia o ignorancję. Wie, że jest bezpieczny!

***

Tak, tak, tekstowi tchórze są wśród nas. Rozpoznałeś u siebie niebezpieczne symptomy tchórzostwa? Głowa do góry! Właściwa diagnoza to połowa sukcesu w terapii, która prowadzi do odważnego pisania. Teraz po prostu agere contra (działaj wbrew pokusom). I do przodu!


Bądźmy w kontakcie!
Chcesz poczytać więcej? Subskrybuj nasz newsletter. Raz na 2–3 tygodnie napiszę Ci, co nowego pojawiło się na blogu.

10 thoughts on “Czy i Ty jesteś tekstowym tchórzem?

  1. swietny wpis! podobne rady czytalam w ksiazce ‚Magia slow’ J. Wrycza-Bekier. Od tamtej pory staram sie unikac strony biernej itp. Warto jednak sobie odswiezyc wiedze i nie byc tchorzem! dzieki 🙂

    1. Tak, to są uniwersalne rady. Piszą o nich wszyscy autorzy (dobrych :D) porad dla piszących. Super, że wzięłaś sobie do serca rady pani Joanny. Jestem pewna, że Twoje teksty na tym zyskały.

        1. Na pewno dużo się dowiesz. Szkoda, że nie trafiłaś do nas wcześniej, bo dopiero co skończył się bezpłatny kurs :(. Jeśli chcesz, to zapisz się na listę oczekujących na kolejną edycję. Będzie we wrześniu (http://tekstowni.pl/5-lekcji/).

  2. Nieczęsto, ale faktycznie zdarza mi się trafiać na tego typu teksty. I nie czyta się ich przyjemnie. Z drugiej strony chyba jeszcze bardziej denerwują mnie artykuły, w których autor nie ma zbyt wiele (nic?) do powiedzenia, ale na siłę chce pokazać, że ma swoje zdanie i ma rację.
    Za to u Was jak zawsze ciekawie i przyjemnie w odbiorze 🙂
    Pozdrawiam ciepło!

    1. No tak, w zalewie blogów można trafić na takie, których autorzy chcą zaistnieć, choć sami nie wiedzą z czym :(. Dziękuję Ci za ten komentarz, Bogna. Zawsze się cieszę, kiedy ktoś potwierdza, że to, o czym napisałam, to nie mój wymysł. Serdeczności!

  3. A wiesz, że to nie musi być tchórzostwo autora? Pracowałam 3 lata w magazynie, do dziś otrzymuję czasami zlecenia na artykuły i… tym tchórzem jest wydawca. Zanim cokolwiek zdążę napisać, otrzymuję pdf z zastrzeżeniem, że ma być bezosobowo. Ekstremalnym przypadkiem był komentarz zwrotny: Ale pani za często stosuje „nie” w zdaniach, to może zniechęcić czytelnika. Jaka rada? Rzucić to i pisać dla siebie, bez oglądania się na wydawców i redaktorów 🙂

    1. Aniu, wiem coś o tym. Przez chwilę pracowałam w gazecie i zdarzyło mi się kilka razy, że wydawca numeru zmienił ton tekstu. W skrajnym przypadku pani „redaktor” zrobiła z festiwalu rozwojowego imprezkę – dała zdjęcie rodem z karnawału w Rio (dziewczyna z piórkiem w okolicach siedzenia). Był dym do tego stopnia, że wydarzenie w naszym mieście zostało odwołane. Także tak, wiem coś o niszczycielskiej działalności wydawców.

Dodaj komentarz

error: Oj, nieładnie. Jeśli potrzebujesz moich tekstów, napisz do mnie i powiedz, do czego chcesz ich użyć.